Partnerzy serwisu:
Felietony i komentarze

Kogo chcą zabić miejscy aktywiści?

Dalej Wstecz
zdjęcie autora

Łukasz Malinowskidyrektor ds. wydawniczych

Od 10 lat pisze o transporcie i wszystkim co jest z nim związane, zaś od roku 2009 odpowiada za całość prac wydawniczych i redakcyjnych prowadzonych przez TOR Wydawnictwo będącego częścią Zespołu Doradców Gospodarczych TOR.

Data publikacji:
2016-09-12 15:10
Tagi:
Tagi geolokalizacji:

Podziel się ze znajomymi:

facebookLogolinkedInLogolinkedInLogo
emailLogowykopLogogooglePlusLogo

 

Kogo chcą zabić miejscy aktywiści?
fot. WU
Zdarzają się teksty tak głupie, że przy ich lekturze można odczuwać niemal fizyczny ból. Dokładnie taki efekt udało się osiągnąć Łukaszowi Zboralskiemu w artykule „Miejscy aktywiści chcą nas zabić” opublikowanym w „Do Rzeczy”, który rowerzystów i miejskich aktywistów oskarża niemal o całe zło tego świata. 

Wielkie problemy biednych kierowców

Na początku dowiadujemy się, że życie kierowców samochodów to jeden wielki dramat. Przed każdym warunkowym skrętem muszą sprawdzać, czy aby nie wpadnie w nich rozpędzony rowerzysta. Co gorsza, muszą zerkać w lusterka, bo i tam człowieka na rowerze można znaleźć. Najbardziej przeraża jednak to, że pocą się stojąc w korkach – jak się domyślam z dalszej części tekstu, spowodowanych oczywiście przez rowerzystów.

Zdaniem autora z rowerami nagle związała się ideologia. Oczywiście ideologia zła i okrutnie godząca we wszystkich kierowców i co zapewne najgorsze wspierana przez UE, która „co jak co, ale na działania dotyczące rowerzystów (…) pieniądze wydaje chętnie”. Informacja o tym, że z perspektywy finansowej 2007-2013 do GDDKiA na budowę nowych dróg trafiło 10,37 mld euro oraz o tym, że w latach 2014-2020 będzie to kolejne 9,9 mld euro, jakoś w tekście się nie znalazła, a wspomniane wydatki z POIiŚ to i tak tylko część wydatków na drogi w Polsce.

Rowerzyści – przyczyna korków i wypadków

Zboralski sugeruje, że dzięki środkom UE wprowadzono do Prawa ruchu drogowego zapisy pozwalające na wyprzedzanie rowerzystom pojazdów z prawej strony, czego skutkiem było skokowe zwiększenie kolizji i wypadków z udziałem rowerzystów. O ile w przypadku wydatków na rowerzystów możemy mówić o przemilczeniu niepasujących do obrazu danych, o tyle w przypadku statystyk wypadkowych jest już to czysta manipulacja.

To prawda, że liczba wypadków i kolizji z udziałem rowerzystów się zwiększa – w roku 2014 było ich 14 195. W 2013 liczba ta wyniosła 12 772, zaś w 2012 – 11 981. Wzrost dotyczył jednak tylko terenów zabudowanych – w tym samym czasie liczba zdarzeń na obszarach niezbudowanych zmniejszała się. Niestety nie mamy ogólnokrajowych danych o natężeniu ruchu drogowego, więc nie możemy ich odnieść do wzrostu liczby rowerzystów w całym kraju. Wiemy jednak, że największe miasta informują o dwucyfrowych wzrostach rok do roku. Wypadków jest więcej, bo statystycznie musi ich być więcej przy tak szybko rosnącej liczbie rowerzystów.


Tak zmieniła się Mariahilfer Strasse w Wiedniu, fot. WU

Autor nadmienia także, że aż 40% wypadków czy kolizji z udziałem rowerzystów została spowodowana przez nich samych. Nie zauważa jednak, że jest to stały, od lat utrzymujący się poziom. Umyka mu także to, że to przecież tak doskonale znający przepisy kierowcy powodują 60% z nich. Zarówno rowerzystom i kierowcom można wiele zarzucić jeśli chodzi o zachowanie na drodze, ale trudno się tu dopatrzeć związku z jakąkolwiek ideologią i dominującej winy tych pierwszych. Więcej o danych za rok 2014 w tym artykule.

Rowery, hulajnogi, rolki i inne plagi


Niestety na tym sprawa się nie kończy. Ci wredni rowerzyści, którzy powodują masę wypadków i nadmierne pocenie się wśród kierowców, postanowili zmieniać miasta. I to w jakże dramatycznym kierunku! „(…) Zaczęto wmawiać wszystkim, że miasta to właściwie wsie. I że należy wypchnąć z nich samochody, a napchać rowerów (do dziś zachodzę w głowę, dlaczego nie np. hulajnóg albo rolek?)” – pisze Zboralski. Za najgorszy przykład takich działań wymienia przebudowę Świętokrzyskiej w Warszawie, która miała doprowadzić do permanentnego korka obok pustych betonowych chodników. Ani chodniki nie są puste, ani korka wielkiego nie ma. Wystarczy się przejść i zobaczyć.

Wcale nie jest tak jak pisze Zboralski, że „Polska to nie Hiszpania i przesiadywanie przy stolikach kończy się z latem”. Po pierwsze, na Świętokrzyskiej spotkamy wiele osób spacerujących, czy jadących rowerem do pracy, o każdej porze roku. Jeszcze nie jesteśmy jak równie deszczowe Dania (w której notabene kilkadziesiąt lat temu posługiwano się identycznymi argumentami przeciwko strefom dla pieszych) czy Holandia, ale coraz lepiej z taką pogodą dajemy sobie radę. Po drugie, mamy przecież dobre warszawskie przykłady. Czy na rynku Starego Miasta i Nowym Świecie zimą brakuje ludzi? Kiedyś mieściły się tam tylko samochody. Czy te miejsca straciły na pożegnaniu ruchu kołowego i likwidacji miejsc parkingowych?

Rozpaczy nie ma jednak końca. Szefem warszawskiego ZDM został pełnomocnik rowerowy, który z jednej strony chce wyrzucać samochody, a z drugiej „z dumą ogłasza stworzenie niebawem miejskiej wypożyczalni samochodów”. Jeśli to wydaje się komuś niekonsekwentne polecam lekturę niedawnej rozmowy z Łukaszem Puchalskim.
 
Przypominam też, że nie ma na takiej drogi, której nie da się zapchać samochodami. Każda infrastruktura w końcu się „wypełni”, a pojazdy na niej staną w korku. To już lata temu zostało opisane, a cały koncept znamy teraz jako prawo Lewisa-Mogridge’a

Ludzie pod ziemię, samochód jest moim panem!

Zupełnie też nie rozumiem dlaczego działaniami miejskich aktywistów najbardziej zagrożeni mają być piesi, którzy zdaniem Zboralskiego są najmniej widoczni w całej tej dyskusji, a do tego „pod kolejnymi bałamutnymi sztandarami” wprowadzani są „za rękę prosto pod koła samochodów”. Autor zapewne nie słyszał o licznych stowarzyszeniach działających na rzecz poprawy dostępności czy usuwania barier architektonicznych w miastach. Nie wie zapewne też o czymś takim jak budżet partycypacyjny, w którym w większości miast wygrywają właśnie projekty rowerowe i piesze, a nie drogowe.

Dostaje się też przejściom naziemnym, bo przecież na nich zawsze może dojść do nieszczęścia. Nie to co w przypadku tych zlokalizowanych pod ziemią. Zboralski podpiera się nawet statystykami i pisze, że w roku 2015 na przejściach dla pieszych w całym kraju zginęło 228 osób a ponad 3,4 tys. zostało rannych. Argumentuje, że gdyby wszyscy byli pod ziemią to zapewne by nie zginęli. To już jest czysta bezczelność! Kto bowiem spowodował te wszystkie wypadki? Jaki odsetek z nich był z winy nieuważnych i pędzących na złamanie karku kierowców? Czy ludzie naprawdę muszą schować się pod ziemię tylko dlatego, że kierowcy nie są w stanie przestrzegać przepisów i w nich nie wjeżdżać?

Jeśli będziecie mieli okazję to przeczytajcie cały tekst z „Do Rzeczy”. Przypomni wam jak wiele jest jeszcze do zrobienia, a tacy ludzie jak Zboralski ciągle uważają, że kierowcom wszystko się należy: od miliardowych inwestycji w infrastrukturę po miejsce parkingowe przed domem, pracą, fryzjerem i każdym innym odwiedzanym miejscem, po najdrobniejszy nawet kawałek nie zajętej jeszcze przez nich miejskiej przestrzeni.


Kilkadziesiąt lat temu mieszkańcy Kopenhagi zarzekali się, że na rowery jest za zimno, a wytyczanie pieszych ulic jest bez sensu, bo "to nie część ich kultury", fot. Martyn Janduła

Kto chce zabić Zboralskiego?

Tytuł artykułu z „Do rzeczy” nie ma za wiele wspólnego z jego treścią. Nie dowiedziałem się dlaczego miejscy aktywiści chcą nas wszystkich pozabijać. Nie jestem jednym z nich, ale codziennie dojeżdżam rowerem do pracy i wiele postulatów ruchów miejskich jest mi bliskie. 

Nie życzę śmierci na drodze nikomu: pieszemu, rowerzyście, kierowcy, Zboralskiemu. Dla każdego znajdzie się miejsce w przestrzeni miejskiej. Nie ma jednak mowy o tym, żeby jeden, i do tego zajmujący najwięcej miejsca oraz mający najgorsze oddziaływanie na środowisko, środek transportu dominował w mieście. Musimy dojść do równowagi pomiędzy transportem publicznym a indywidualnym oraz potrzebami pieszych, rolkarzy czy rowerzystów. Pan, Panie Zboralski, tego nie ułatwia. Więcej zrozumienia i szacunku dla bliźniego.

Niestety, takie komentarze nie są odosobnione po prawej stronie sceny politycznej. Jeden z olsztyńskich radnych stwierdził niedawno, że "lewacka ideologia", objawiająca się ograniczaniem ruchu samochodowego, przyczynia się do obumierania centrum i Starówki.

Podziel się z innymi:

facebookLogolinkedInLogolinkedInLogoemailLogowykopLogogooglePlusLogo
Zobacz również
(Po)wolne centrum – Poznań rozszerza Strefę 30

Przestrzeń

(Po)wolne centrum – Poznań rozszerza Strefę 30

Olga Plesińska 12 września 2016

Peñalosa: Twórzmy miasta dla ludzi, nie dla samochodów

Przestrzeń

Peñalosa: Twórzmy miasta dla ludzi, nie dla samochodów

Witold Urbanowicz 05 września 2016

 

 

 

 

 

 

współpraca
Rynek Kolejowy Onet biznes Invest Map Interia TSL biznes
© ZDG TOR Sp. z o.o. | Powered by PresstoCMS