Partnerzy serwisu:

Miasta w dobie zmian klimatycznych. Po pierwsze retencja

Jakub Rösler 15.08.2021

arrow
arrow
Miasta w dobie zmian klimatycznych. Po pierwsze retencja
fot. MM Foto
Miasta w dobie zmian klimatycznych. Po pierwsze retencja
Miasta w dobie zmian klimatycznych. Po pierwsze retencja
Z Magdaleną Milert, architektką i urbanistką, rozmawiamy na temat tego jak tworzyć współczesne miasta, jak przygotować nasze przestrzenie na kryzys klimatyczny i jak w tym wszystkim myśleć o transporcie publicznym.
Jakub Rösler, Transport Publiczny: Jak projektować współczesne miasta, a jak te, które powstaną w przyszłości?

Magdalena Milert, architekt i urbanistka: Projektowanie miast współczesnych, czy miast przyszłości, powinno zawsze odpowiadać zdefiniowaniu roli miasta. Nie ma jednej, uniwersalnej tezy na to, jak te miasta powinny wyglądać. Dobre zdefiniowanie jest tutaj kluczowe, bo wiele miast dobrze tego nie robi. Czasami nie są one w stanie się przyznać, że mają jakiś problem w danej dziedzinie. Dobrym przykładem tego są mniejsze miejscowości w Polsce, z których wiele udaje, że jest super. Tylko tego nie widać gdy chodzi o przyciąganie mieszkańców, czy lokowanie biznesów. A więc pierwszy krok to nie udawanie, że miasto się nie wyludnia, że społeczeństwo się starzeje, a dobre zdefiniowanie jakie to miasto jest i jakie ma problemy.

W Polsce każda gmina robi swoją strategię (Strategia Rozwoju Gminy), w której określa czym ona jest, co chce zrobić i jakie ma kierunki swojego rozwoju. Strategia określa kierunki rozwoju gminy na kilka kolejnych lat, jest to jeden z kluczowych dokumentów, który musi posiadać każda jednostka samorządu terytorialnego. W dokumentach przeczytamy różne rzeczy, od tego, że chce się być prężnym ośrodkiem, po określanie swoich konkretnych problemów (analiza SWOT). Bardzo często nie ma tam jednak rzeczywistości, jest ona przypudrowana. Podstawą dobrego projektu jest dobre zdefiniowanie problemów i wyzwań, na które chcemy odpowiedzieć. Jeśli więc przyznamy się do szczerze do tego jaki mamy stan gminy, to będzie nam o wiele łatwiej powiedzieć, jakie te miasta powinny być. Do tego nie łączymy kolejnych aspektów, dziedzin, a w urzędach panuje silosowość, czyli działanie w ramach swojego wydziału, bez patrzenia na to, co w pokoju obok. Przez to działania są robione w stylu “każdy sobie”.

Szerzej mówiąc, miasta powinny być dostosowane do wyzwań współczesności takich jak kryzys klimatyczny, starzenie się społeczeństwa, ograniczenie dostępności wody pitnej i czystego powietrza. To są realne problemy, które mamy w Polsce. Przykładem może być betonoza naszych miast. Wiemy, że jest ona szczególnie spotykana w mniejszych miastach, na rynkach, przestrzeniach wspólnych. Jednocześnie wiemy, że wiele z tych gmin starzeje się i wyludnia. Czy betonowa patelnia jest odpowiednim miejscem do spędzania czasu przez seniorów? Nie wydaje mi się.

Co jest Pani zdaniem największym obecnie wyzwaniem w projektowaniu miast?


Według mnie nie da się wyciągnąć jednego wyzwania i powiedzieć, że to jest najważniejsza rzecz. Trzeba pokazywać, jak jeden element działa na inne i jak to wszystko jest połączone, należy szukać wspólnych płaszczyzn, zależności i pokazywać co mają wspólnego i co oznaczają dla użytkownika miasta, którym jest każdy człowiek – niezależnie od tego czy jest to właściciel firmy, czy urzędnik czy zwykły mieszkaniec. Wydaje mi się, że to powinna być korelacja tego jakie mamy trendy. Właśnie ta korelacja prowadzi nas do definicji tego, co powinniśmy robić.

Natomiast, jeśli miałabym wskazać najważniejszy trend, o którym coraz więcej się mówi i który jest uznawany za wyzwanie, to byłby to zapewne kryzys klimatyczny. Jego wagę można to już dostrzec np. w prawie budowlanym. Z danych wynika, że nawet jedna dziesiąta produkowanych gazów cieplarnianych pochodzi z budownictwa tradycyjnego. Według danych theconversation.com, sama produkcja cementu stanowi około 5 proc. światowej emisji dwutlenku węgla. Raport "Net-Zero Challenge: The supply chain opportunity" World Economic Forum i Boston Consulting Group, donosi, że budownictwo jest obecnie drugim (po produkcji żywności) sektorem gospodarki odpowiadającym za największą liczbę ton gazów cieplarnianych emitowanych do atmosfery.

Nie zapominajmy także, że miasto to miejska wyspa ciepła. W bardziej wybetonowanej przestrzeni jest cieplej, średnio od 10 do 15°C. To się bardzo wiąże chociażby z kwestią starzejącego się społeczeństwa. Mamy w Polsce masę budynków bez windy, gdzie na najwyższych piętrach mieszkają starsi ludzie, którzy w te upalne dni nie są w stanie wyjść z domu, co może się skończyć podobnie jak we Francji w 2003 roku, kiedy ludzie w podeszłym wieku masowo umierali w swoich domach z powodu gorąca.

Wiedząc, że mamy miejską wyspę ciepła i że problemy te będą się pogłębiać, nasze miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego są fragmentaryczne, czasami ograniczone do poszczególnych działek i niedopasowane do istniejących problemów. Plany pokazują, że można tam budować nieludzką architekturę (Bliska Wola), pogłębiającą wyspę ciepła, z bardzo niewielkim współczynnikiem terenów biologicznie czynnych, czyli tego co daje nam zieleń na danej działce. Łatwo się mówi, że miasta zostały zabetonowane przez deweloperów, czy architektów, ale oni zrobili to co jest dopuszczalne w prawie. Podobnie jest z naszymi betonowymi ryneczkami. Wszystko odbywa się na podstawie przetargów, w oparciu o które wyłania się koncepcja tego jak ma wyglądać dana przestrzeń. Najczęściej jest to jednak opcja najbardziej opłacalna ekonomicznie. Wskaźnik ceny jest najważniejszym czynnikiem w przetargu, a wg. niego najlepiej jest użyć betonu, albo kamienia, bo jest najtaniej, a dodatkowo jest to produkt polski, więc lepiej ceniony...

Dodatkowo nasuwa się tu jeszcze problem wyludniania miast i przenoszenia się na obrzeża. Pracujemy w mieście, ale mieszkamy poza dużym miastem i to też ma bardzo duży wpływ na środowisko.

Jak przygotować miasta na katastrofę klimatyczną?

Wszyscy naukowcy są zgodni, że jedynym rozsądnym kierunkiem jest zazielenianie i odbetonowywanie tych terenów. Nie chodzi tutaj o celowo burzenie budynków i tworzenie w tych miejscach parków, ale np. o to, żeby na każdym osiedlu był ogród deszczowy. Jest to taki mały ogródek, który ma nieckę wodną i jest obsadzony dużą ilością zieleni, która ma wchłaniać nadmiar wody. Nawet najmniejsza skala zazielenienia ma znaczenie, bo tereny zieleni po prostu nie nagrzewają się tak jak beton. Dobrym wskaźnikiem tego co można odbetonować jest tzw. sneckdown. Zabieg ten stosowany jest podczas opadów śniegu – to w rzeczywistości przedłużenie krawężnika, spowodowane opadami. Jest to naturalna forma uspokojenia ruchu – pokazania, gdzie ulica może być potencjalnie zwężona, aby zmniejszyć prędkość pojazdów i skrócić odległości dla pieszych. Oznacza to, że jest to powierzchnia, która nadaje się do odbetonowania i zmiany swojego przeznaczenia, np. właśnie na trawnik lub łąkę kwietną. Takie zabiegi znacznie wspomagają retencję.

W momencie gdy mamy nagły i intensywny opad, fachowo nazywany deszczem 10-letnim, albo 100-letnim i który – ma pojawiać się rzadko, jak sama nazwa wskazuje, ale pojawia się coraz częściej, to kanalizacja nie jest w stanie go wchłonąć. Takie zjawiska zdarzają się coraz częściej, więc ważne, żeby te istniejące już betonowe przestrzenie, zaadoptować do zmieniającego się klimatu i to nie poszerzając rury, tylko innymi, proklimatycznymi rozwiązaniami, żeby np. woda spływała sobie na trawnik lub do ogrodu deszczowego, znajdującego się z boku zabetonowanego terenu. Często zdarzają się po prostu rowy porośnięte roślinnością lubiącą wodę, gdzie woda spływa i dzięki temu drożność jest zachowana.

Bardzo istotne jest też nasze przywiązanie do samochodu, wpływające nie tylko na gorszą jakość powietrza, ale też na większą ilość ulic, a przede wszystkim fakt, że są one poszerzane i dobudowywane, poszerzając tą drogową infrastrukturę. Tymczasem we współczesnym planowaniu wiele mówi się o tym, że powinniśmy wrócić do idei miasta 20-minutowego. W większych miastach byłaby to idea posiadania wszystkich usług w zasięgu jednej dzielnicy. W ramach 20 minut od swojego miejsca zamieszkania powinniśmy mieć dostęp do wszystkich podstawowych usług, takich jak sklepy, szkoły, przychodnia, usługi kosmetyczne, a także do komunikacji zbiorowej. Zbiorkom powinien być zorganizowany tak, aby odpowiadał potrzebom, to znaczy że tramwaj nie ma być jak uber, na każde zawołanie, ale ma być sprawny i niezawodny i jeśli trzeba będzie na niego chwilę poczekać, to też nie jest to jakimś wielkim problemem. W trendzie powstawania nowych dzielnic powinniśmy myśleć o nich jako o jednostkach terytorialnych, które mają w sobie wszystkie wymienione wyżej elementy. Tym bardziej, że po pandemii w jakiejś części wrócimy do biur, co przełoży się na zakorkowane ulice, dlatego transport publiczny jest tutaj bardzo istotny, bo pozwala rozbrajać trawiąca nas samochodozę.

W takim razie, czy gdyby dajmy na to Poznań, miał w każdej swojej dzielnicy ogród deszczowy, to czy wszystkie te ogrody byłyby w stanie przyjąć znaczną część 10-letniego opadu?

Na pewno można to przeliczyć, bo chłonność liczy się dla każdej powierzchni. W każdym projekcie należy prawidłowo obliczyć efektywną powierzchnię – czy to dachu, czy jezdni. To jest tzw. powierzchnia zlewni, dla której liczy się określoną efektywność odwodnienia. Jesteśmy w stanie matematycznie wyliczyć jaka powierzchnia chłonna będzie nam potrzebna, żeby zapewnić brak podtopień w pewnych miejscach i moim zdaniem powinny być one zapisane w planach miejscowych dla całej gminy.

Czy ogród deszczowy jest w stanie uratować daną dzielnicę przed zalaniem?

Rozsądnie rozlokowane ogrody deszczowe są w stanie zapewnić brak podtopień w konkretnych miejscach, ale to też nie jest tak, że jeśli mamy jeden tego typu ogród w środku dzielnicy, to zrobi on nam całą robotę. Tutaj dobrym przykładem jest Gdańsk, który umieścił takie ogrody na kilku osiedlach, które miały wcześniej problem z podtopieniami i przy tych falach deszczu, jakie mieliśmy ostatnio, problem zniknął. Więc chciałabym to ująć bardziej na zasadzie tego, żeby ogród deszczowy był na każdym osiedlu lub zespole działek biurowych, a nie na zasadzie żeby jeden tego typu obiekt miał zapewnić retencję dla całego kwartału ulic.

Czy istnieje zestaw prostych rozwiązań, za pomocą których nasza dzielnica stanie się przyjazna dla ludzi?


Na pewno znowu trzeba sobie dobrze zdefiniować jak ta dzielnica wygląda obecnie, bo nie można porównać dzielnicy Czyżyny w Krakowie, do Starego Miasta w Poznaniu – są to zupełnie inne przestrzenie o odmiennym charakterze. Aby najłatwiej wdrożyć zmiany, trzeba znaleźć punkty zapalne, na których trzeba zacząć działać. Np. beton i brak zieleni nie jest problemem, co pokazało stowarzyszenie Miasto Jest Nasze w Warszawie, które odbetonowało przestrzeń przed kamienicą, gdzie zebrała się wspólnota i podjęła taką decyzję. Do mnie też piszą ludzie, że zebrali się, zerwali beton i zrobili np. ogród w swojej wspólnocie. Najważniejszą kwestią jest przyznanie się do tego, że problem istnieje, bo wachlarz rozwiązań jest naprawdę duży i dostępny na wyciągnięcie ręki w internecie. Przykładowo Bydgoszcz zrobiła poradnik tego, jak tworzyć ogrody deszczowe. Wystarczy też popatrzeć na sąsiednie gminy i zobaczyć jak one to robią. Ta wola zmienienia czegoś bardzo często jest kluczowa.

A jak Pani zdaniem wygląda kwestia świadomości decydentów jeśli chodzi o to jak budować, czy nadal wyznają “betonozę”, czy jednak coś się zmienia?

Swego czasu szkoliłam samorządowców, którzy oczywiście byli świadomi problemu i którzy próbowali obejść problem np. nie przetargiem, a konkursem architektonicznym, który sprawia, że powstają lepsze przestrzenie. Wydaje mi się jednak, że ogromną rolę spełnia tu ruch oddolny, to że właściwie ta świadomość przechodzi przez zwykłych mieszkańców, którzy nie mają w sobie zgody na to, żeby te miejsca tak wyglądały. Im bardziej społeczność nie boi się tego powiedzieć, tym mamy lepsze efekty. Już mamy po tej fali betonowania kilka lat później ruchy, które działają w odwrotną stronę. Nawet jeśli to były bardzo drogie inwestycje, to te ruchy działają tak, żeby tę przestrzeń odbetonować. Więc powiedziałabym, że świadomość się zmienia, ale z drugiej strony czasami jest potrzebna taka podpowiedź żeby zacząć to zmieniać. Memiczny rynek w Kutnie jest efektem planu miejscowego stworzonego 10 czy 15 lat temu. Wolą decydentów nigdy nie jest stworzenie najgorszej przestrzeni publicznej i w Kutnie też tak było. Celem jest zrobienie tego co ma się zakontraktowane i zabudżetowane. Być może na tyle istotne jest to, żeby o tym mówić, by takie przestrzenie nie powstawały i aby po 20 latach w końcu doczekać się upragnionego remontu, który okazuje się niezgodny z tym co my chcemy mieć. Często tak jest, że te plany miejscowe i projekty są sprzed wielu, wielu lat, kiedy beton był super i miał być namiastką miejskiego stylu, a niestety to nie jest to, czego obecnie chcemy.

Co każdy z nas może zrobić, żeby nie pogarszać obecnego stanu naszych miast i przestrzeni?

Na pewno można zastanowić się, czy w mojej okolicy działa jakaś organizacja, która zajmuje się walką o ludzkie przestrzenie i tym czy może uda się nam do niej dołączyć, bo jeśli chcemy coś zmienić, to organizacja ma większą siłę przebicia. Oczywiście jeśli mamy siły możemy też założyć własną, ale mierzmy swoje siły na zamiary. Jeżeli możemy, to spróbujmy myśleć jak powinna wyglądać nasza dzielnica czy osiedle. Bardzo popularne jest zmienianie okolicy w ramach wspólnoty mieszkaniowej i to jest bardzo osiągalne. Bardzo polecam też rozmawiać na ten temat ze swoimi bliskimi czy znajomymi, nawet w piątek wieczorem przy piwku, bo często okazuje się, że wiele osób nie ma żadnej świadomości w tym temacie. Na koniec chciałabym zaapelować o to, aby przemyśleć sobie to jak i gdzie mieszkamy. Często marzymy o domku pod miastem, ale należy sobie zadać pytania czy my się zastanawiamy jak wygląda funkcjonowanie w takim domu, czy mamy czas na zajęcie się ogrodem, umycie wszystkich okien, albo ogrzanie takiego domu? Może po prostu wystarczy nam mieszkanie z jednym dodatkowym dużym pokojem do pracy, którego zabrakło w obecnym mieszkaniu? Porównując koszty, oczywiście wyjdzie nam, że m2 pod miastem jest tańszy, ale jeśli dorzucimy sobie koszty dojazdów, utrzymania domu, to wcale nie jest to już takie jasne. 

Druga część wywiadu ukaże się za tydzień.

Magdalena Milert – absolwentka Politechniki Śląskiej. Architektka, Urbanistka. W swoich social media jako @pieing opowiada o gospodarce przestrzennej, architekturze, urbanistyce oraz psychologii i przestrzeni. Brzmi nudnie? Niesłusznie. Merytoryczna wiedza przeplatana memami może być całkiem przyjemna! Propaguje dobry miejski UX. Podkreśla, że miasto ma być zrobione porządnie i dostępne dla wszystkich. Wiceprezeska Ambasady Społeczności, Członkini Klubu Jagiellońskiego, Współtwórczyni Archipogotowia – miejsca bezpłatnych porad architektonicznych dla mieszkańców Poznania, tutorka i mentorka warsztatowa. 
Podziel się ze znajomymi:
Komentarze:
Odzyskiwanie przestrzeni
Zobacz też
Najnowsze wiadomości
Polecane wiadomości
Praca
Komentarze
Fotorelacje
Bądź na bieżąco:
© 2016 ZDG TOR Sp. z o.o. | Powered by PresstoCMSKontakt
Pełna wersja strony