Partnerzy serwisu:

Felieton. Chodniki okupowane przez „lewactwo”. Czyli przez kogo?

Dominik Wójcik 09.01.2018

Felieton. Chodniki okupowane przez „lewactwo”. Czyli przez kogo?
fot. Dominik Wójcik
W publicznych dyskusjach, czasem w mediach, częściej na ulicach, pojawia się narracja obrony określonego stanu rzeczy przed tzw. „lewactwem”. Bronić trzeba na przykład miast, bo rowerzyści, wegetarianie i właściciele psów chcą coraz więcej. Tymczasem należy stwierdzić, że największe skupisko „lewactwa” mamy na chodnikach…
O kim mowa? Do tego dojdziemy. Na początku wypadałoby określić pojęcie. Chyba nie należy utożsamiać go z wartościami lewicowymi, bo zarzucający „lewactwo” sami chętnie korzystają z takich lewicowych osiągnięć, jak umowa o pracę (tj. etat), 8-godzinny dzień pracy, płatny urlop wypoczynkowy, płatne zwolnienie chorobowe, czy czynsz regulowany.

Zdefiniować miejskiego „lewaka”

Zarzut „lewactwa” pojawia się przy dyskusjach na temat organizacji ruchu, gdy słabsi uczestnicy chcą zyskać większy udział w przestrzeni. Np. rowerzyści żądający pasów rowerowych na jezdniach, bądź piesi chcący szerszych chodników i gęściej ulokowanych przejść.

Za „lewaków” uznaje więc ludzi chcących czegoś kosztem innych, bo wytyczenie pasa rowerowego, czy przydzielenie pierwszeństwa rowerom na przejeździe odbywa się kosztem zmotoryzowanych.

Za „lewaków”, korzystający z tego epitetu uznają też osoby walczące o określone rozwiązania cywilizacyjne. Na przykład grupę aktywistów walczących o zachowanie kawałka zieleńca, która broni parku przed przeobrażeniem w parking, czy przydrożnych drzew przed wycinką. Przez rzekomego „lewaka” nie da się zaparkować samochodu i trzeba stać w korku, bo zamiast kolejnego pasa ruchu nadal rosną drzewa. I jeszcze nie wolno swobodnie pojeździć, bo o drzewo można się śmiertelnie rozbić. „Lewacy” to więc osoby mówiące, jak inni mają żyć i korzystać z posiadanych przedmiotów.

„Lewakom” przypisuje się wreszcie, nie wchodząc w szczegóły, preferowanie rozwiązań systemowych z okresu PRL-u.

Rzekomi poszkodowani

Poczuwający się do bycia poszkodowanymi krzyczą głośno. Nietrudno nie usłyszeć utyskiwania kierowców, którym zwężono pas ruchu na rzecz rowerów, bądź zamieniono go na buspas. Za ofiary „lewactwa” podaje się także kierowców rozbitych na drzewach, którzy korzystając ze specyficznie pojmowanej wolności (tj. nieskrępowanej szarży na jezdni) utracili panowanie nad pojazdem i wypadając z drogi nie mogli swobodnie wytracić pędu na poboczu lub chodniku. Krzyczą głośno, bo stoją za nimi media motoryzacyjne.

Prawdziwe ofiary „lewaków”

Są jednak uczestnicy ruchu, którzy, w związku z tym, co się dzieje na ulicach są rzeczywiście poszkodowani. Nie mają swojego głośnego medium opisującego ich bieżące problemy albo integrującego to środowisko. To piesi, czyli najdelikatniejsi i najsłabsi niechronieni uczestnicy ruchu drogowego.
A problemów mają mnóstwo. Największym jest stała opresja ze strony osób inwazyjnie zajmujących przestrzeń im nieprzynależną i krzyczących przy tym, że im się ona należy. Intruzi dokonują inwazji poprzez agresywne użytkowanie zdobyczy cywilizacyjnych. Takie ograniczanie wolności i przestrzeni pieszych odbywa się w duchu rozwiązań prawnych z PRL.

Brzmi znajomo? Pasuje do wyżej opisanej definicji? Kim są ci agresywni intruzi spełniający przyjęte założenia? To kierowcy.

Okazuje się, że ci, którzy zarzuty „lewactwa” stawiają każdemu napotkanemu oponentowi, sami mogliby zostać określeni w ten sposób. Zajmują chodniki (część drogi nieprzeznaczona dla nich) parkując na nich samochody. Twierdzą, że parkują, bo im się należy miejsce do parkowania (w lżejszych przypadkach: „bo nie miał gdzie”). W ich mniemaniu samochód jest zdobyczą cywilizacyjną i stanowi postęp względem komunikacji pieszej.

Niekiedy odbywa się to poprzez omijanie miejsc postojowych, bo sądownie usankcjonowali sobie darmowe parkowanie w ten sposób. I jeszcze jedno...

Pokłosie stanu wojennego?

Jedna z infografik ruchu „Miasto jest nasze” kojarzy wprowadzenie możliwości parkowania na chodnikach z wprowadzonym w tym samym czasie stanem wojennym. Hasło „czołgi zjechały z ulic, czas by samochody zjechały z chodników” sugeruje, jakoby zaparkowane na jezdniach pojazdy były przeszkodą dla poruszających się tam czołgów. Nie wiadomo, na ile prawdziwa jest ta miejska legenda, ale możliwość parkowania na chodniku znalazła się w przepisach właśnie na początku lat 80–tych, co pasuje do definicji – jest stale konserwowaną spuścizną po PRL-u.

Łatwo jest kogoś wyzwać i zarzucić działanie w złej wierze, podczas gdy samemu nie dostrzega się tych samych cech lub symptomów u siebie.
Podziel się ze znajomymi:
 
 
Komentarze:
Zobacz też
Najnowsze wiadomości
Polecane wiadomości
Praca
Komentarze
Fotorelacje
Bądź na bieżąco:
© 2016 ZDG TOR Sp. z o.o. | Powered by PresstoCMSKontakt
Pełna wersja strony