Partnerzy serwisu:
Komunikacja

Kalkuta bez rowerów

Dalej Wstecz
Autor:

Jakub Dybalski

Data publikacji:
2013-11-02 08:40
Tagi:
Tagi geolokalizacji:

Podziel się ze znajomymi:

facebookLogolinkedInLogolinkedInLogo
emailLogowykopLogogooglePlusLogo

 

Kalkuta bez rowerów
mleczarze w KalkucieGreg O'Beirne, lic. CC BY-SA 2.5
– Kiedy pierwszy raz dostałem mandat, byłem zszokowany, ale co mogę zrobić – żali się Mehmood Khan, mleczarz, który co dzień rozwozi swój towar na rowerze. Od kilku tygodni nie może, bo władze indyjskiego miasta… zamknęły dla jednośladów 174 ulice. Ma to poprawić płynność ruchu oraz bezpieczeństwo na drogach. I jest kompletnie sprzeczne z ogólnoświatową tendencją promowania rowerów w miastach.

– To kompletnie bez sensu. Muszą to zmienić! – grzmi Anumita Roy Chowdhury z Centrum Nauki i Środowiska w New Delhi. – W naszej części świata powinniśmy właśnie przekonywać ludzi do korzystania z rowerów, a nie wpychać ich do samochodów – dodaje.

Kilka tygodni temu władze Kalkuty rozszerzyły obowiązujący do tej pory na ok. 30 ulicach zakaz, który nie dopuszcza do ruchu rowerów, ręcznych riksz, czy trójkołowców, czyli wszystkiego, co nie jest napędzane silnikiem. Teoretycznie na niektórych trasach rowery mogą jeździć poza godzinami szczytu. W praktyce niewiele to zmienia, bo ci którzy z nich korzystają, używają ich w pracy, lub po to, by do niej dojechać. Co ciekawe, w 2006 r. władze Indii opracowały nową politykę transportową, która wspiera ruch rowerowy. Stosowna infrastruktura pojawiła się w stołecznym New Delhi, Ahmadabadzie, Hajdarabadzie i Pune. Ale nie w Kalkucie.

Dniówka za rower

Dziesiątki kilometrów ścieżek i setki rowerów gotowych do wypożyczenia kojarzą się raczej z nowoczesnymi miastami w Europie i USA. Kalkuta to inny świat. 14–milionowa metropolia Zachodniego Bengalu to z jednej strony nowoczesne biurowce, z drugiej dzielnice biedy. Choć w mieście jest dobrze rozwinięty transport publiczny – z autobusami, tramwajami, koleją podmiejską i metrem – to wielu mieszkańców nie stać na bilet. W Indiach rower wciąż jest wyznacznikiem statusu społecznego. Jeżdżą nim biedacy, w tym m.in. 50 tys. mleczarzy, którzy na rowerach rozwożą swój towar po mieście. Są najtańsi i najszybsi. Wiele wąskich uliczek Kalkuty budowano jeszcze w czasach kolonialnych, ciężarówka się w nich nie zmieści.

Khan jeździ, ryzykując mandat. Policjanci wlepiają grzywny w wysokości od 100 do 300 rupii (1,6 do 5 dol.), co dla niego stanowi równowartość dniówki. Był już karany kilkanaście razy. Nie płaci bo nie ma z czego, więc ryzykuje poważniejszą karę, czyli konfiskatę roweru. – Nie mam wyboru – mówi.

Podobnie jak inni. Raju Sapui pracuje jako szofer, ale na własny samochód go nie stać, więc codziennie dojeżdża do swojego pracodawcy na rowerze. – I codziennie się boję, że dostanę mandat. Żeby dojechać do pracy muszę przejechać przez drogi, po których nie mam prawa się poruszać – wyjaśnia. – Zrobili z nas przestępców – mówi z kolei Prabhunath Rai, właściciel kilku trzykołowych rowerów–ciężarówek. – 174 ulice to prawie całe miasto, więc gdzie się nie ruszymy, popełniamy wykroczenie – dodaje.

Bez rowerów ma być szybciej


– Na rowery nie ma miejsca – tłumaczy Dilip Kumar Adak, zastępca naczelnika policji drogowej w Kalkucie. – Po mieście jeździ ogromna ilość pojazdów. Nawet bez rowerów mamy problem z przyspieszeniem ruchu ulicznego – mówi.

Miasto jest zakorkowane, choć w porównaniu do innych indyjskich metropolii jest w nim mniej samochodów. Dla ponad połowy mieszkańców Kalkuty podstawowym środkiem komunikacji jest transport publiczny. Samochodami jeździ ledwie 8 proc., mniej niż na rowerze (11 proc.). To jedyne miasto w kraju gdzie dziennie jest więcej przejazdów rowerowych (ok. 2,5 mln) niż samochodowych.

To jednocześnie aglomeracja, która się ślimaczy. Przeciętna prędkość ruchu ulicznego w Indiach to 22 km/h, w Kalkucie to 14–18 km/h. – Usunięcie rowerów z głównych ulic sprawi, że będzie na nich bezpieczniej, pojazdy będą się poruszały szybciej – zapewnia Adak.

„No cycling”


– To prawo jest absurdalne – irytuje się właściciel sklepu rowerowego Gautam Shroff, który jednocześnie szefuje jednej z inicjatyw obywatelskich „Ride 2 Breathe”. – Miasto jest zanieczyszczone. Tymczasem zamiast zachęcać ludzi do dbania o środowisko, wlepia się im mandaty. Jeśli władzom przeszkadzają rowerzyści stłoczeni na ulicach, to może powinny zabronić wychodzić na nie pieszym i jeździć po nich motocyklistom i samochodom? – pyta z przekąsem.

W październiku w Kalkucie odbyło się kilka protestów, w których uczestniczyli zarówno obrońcy środowiska, jak i ci, którzy dzięki rowerom zarabiają na życie. Przeciwnicy zmian szykują petycję do szefa administracji Zachodniego Bengalu. Ale zakazu nie zniesiono, za to na ulicach pojawiły się tabliczki z napisem „no cycling”.

Podziel się z innymi:

facebookLogolinkedInLogolinkedInLogoemailLogowykopLogogooglePlusLogo
Zobacz również
Zakazy jazdy rowerem po miejskich rynkach. Czy mają sens?

Prawo & Finanse

Zakazy jazdy rowerem po miejskich rynkach. Czy mają sens?

Rafał Stawecki 31 lipca 2014

Siedlce: „Miasto przyjazne pedałowaniu” (?)

Komunikacja

Siedlce: „Miasto przyjazne pedałowaniu” (?)

Łukasz Pastor 28 lipca 2014

 

 

 

 

 

 

współpraca
Rynek Kolejowy Onet biznes Invest Map Interia TSL biznes
© ZDG TOR Sp. z o.o. | Powered by PresstoCMS